Nawigacja

Słyszałeś o ACTA 2? Pewnie tak, bo to przecież hasło tej samej rangi co RODO. Równie silne emocje, dyskusje, kontrowersje, równie potężne niezrozumienie tematu i równie mocno powielane mity.

Pora stawić czoła temu niezrozumieniu, naprostować liczne nieścisłości i odnieść się do powtarzanych często bez większego namysłu haseł typu podatek od linków, koniec wolnego Internetu, cenzura, wojna z piractwem, stop okradaniu twórców.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się, czym tak naprawdę jest ACTA 2, o co w niej chodzi i jakie może nieść za sobą skutki, to zapraszam cię do odsłuchu rozmowy z ekspertem, dr Alkiem Tarkowskim, który nie tylko posiada kapitalną wiedzę, ale również potrafi się nią podzielić z imponującą swadą.

ACTA 2 – nagranie rozmowy

Rozmowę z dr Alkiem Tarkowskim nagrałem podczas 48. Sympozjum GAP, w którym miałem przyjemność uczestniczyć. Myślę, że nie mogłem wymarzyć sobie lepszego rozmówcy, gdy chodzi o ACTA 2, ponieważ Centrum Cyfrowe, na którego czele stoi dr Alek Tarkowski zajmuje się tą tematyką “od zawsze”.

Zapraszam cię zatem do odsłuchu 23. odcinka podcastu o prawie dla kreatywnych.

Podobał ci się odcinek? Udostępnij go innym. Dzięki poniższym przyciskom zajmie ci to dosłownie chwilę.

Podcastu “Prawo dla kreatywnych” możesz słuchać regularnie w następujących miejscach:

Wszystkie pozostałe odcinki podcastu “Prawo dla kreatywnych” znajdziesz na podstronie poświęconej podcastowi.

Poniżej znajdziesz natomiast zapis rozmowy w wersji tekstowej.

ACTA 2 – zapis rozmowy

W: Cześć Alku, dziękuję za przyjęcie zaproszenia. Wiem już, że nie jesteś prawnikiem, więc powiedz słuchaczom, kim jesteś.

A: Dzień dobry, jestem Alek Tarkowski i nie jestem prawnikiem. Jestem socjologiem, który zajmuje się prawem autorskim od ok. 15 lat. Znajduję swój sposób zajmowania się prawem, prawem autorskim.

W: W ramach Centrum Cyfrowego.

A: Tak. Centrum Cyfrowe to fundacja, którą prowadzę. Jest to fundacja, która interesuje się otwartością z pomocą nowych technologii.

Kwestiami prawa autorskiego zainteresowałem się dlatego, że po prostu interesowały mnie media i internet, a jednocześnie poczułem, że to jest coś takiego, co bardzo decyduje o tym, co możemy robić w Internecie i co możemy robić z mediami. W ten sposób znalazłem swoją ścieżkę zajmowania się orzecznictwem związanym z prawem autorskim.

Można powiedzieć, że jestem takim strategiem od polityk cyfrowych. Zajmuję się kształtowaniem polityk różnego rodzaju, które związane są z prawem autorskim i prawem nowych technologii.

W: Doktor Bartek Biga powiedział, że jego zainteresowanie prawem autorskim narodziło się poprzez szukanie odpowiedzi na pytanie, czy może ściągnąć piosenki z Internetu.

A: Chciałbym mieć taką romantyczną historię. Moja jest trochę bardziej kujońska. Podczas studiów, gdzieś w okolicach 1997 r., był już pewien powiew internetu, czasem trzeba było uruchomić modem itp. Wprawdzie na uczelni w Warszawie trzeba było pójść do specjalnego budynku, gdzie był Internet, ale ważne, że ten Internet w ogóle był, że się pojawił.

W którymś momencie zacząłem rozumieć, że nie dowiem się o tym, co mnie interesuje, czyli o technologiach, w ramach samych studiów, ale mogę zacząć czytać teksty na własną rękę. Wtedy zacząłem czytać teksty fajnych amerykańskich prawników myślących interdyscyplinarnie, co  bardzo mnie ustawiło. Noszę w sobie to poczucie, że to właśnie Internet mnie wykształcił i ukierunkował.

W: Czyli można powiedzieć, że jesteś samoukiem w prawie?

A: Tak. Nie zrobiłem nigdy żadnych studiów prawniczych.

W: To nie jest bynajmniej żaden zarzut. Ja mam wrażenie, że w przypadku prawa autorskiego i nowych technologii to tak czy siak tradycyjne wykształcenie prawnicze nie skupia się na tym.

A: Dodam jeszcze, że oczywiście nie podejmuję się reprezentacji, w ogóle nie mogę reprezentować klienta. Nie podejmuje się zbyt szczegółowej analizy umów czy tłumaczenia stronom np. co powinny zrobić w tej umowie. Mam od tego prawników. Znalazłem natomiast swoją inną drogę, żeby rozumieć, o co w tym prawie chodzi.

Uważam, że moją pewną zaletą jest to, że myślę o prawie jako o systemie i dlatego prawo mnie interesuje. Uważam, że tak jak technologie, prawo niesamowicie kształtuje świat. Mnie po prostu interesuje jakie są skutki prawa, co prawo zmienia w tym jak się komunikujemy, jak rozmawiamy ze sobą, jak tworzymy kulturę. Prawo autorskie jest takim wszechobecnym organizmem i to jest moje podejście.

Więc jak trzeba się wgryźć w prawo, to wiem z kim porozmawiać, a jak trzeba na prawo popatrzeć w szerszym kontekście, to właśnie ja się w tym dobrze odnajduję.

W: Teraz jest modne pojęcie „ewangelizator produktu”. Może Ty jesteś takim ewangelizatorem prawa autorskiego?

A: Tak, mieliśmy pewnie taki moment, gdzie tak siebie nazywaliśmy. Myślę jednak, że mam dużo kontaktu z takimi bardzo formalnymi procesami. Jak się siedzi w procesach orzeczniczych, w procesach legislacyjnych, to się trochę przesiąka takim światem, w którym już nie ma ewangelizatorów, tylko są jacyś urzędnicy i inne poważne osoby.

Ale staramy się u nas w fundacji takiego trochę ducha ewangelizacyjnego zachować i czasem mam takie szalone pomysły, by rozmawiać o prawie autorskim. Na szczęście, bo inaczej by było dosyć nudno.

ACTA 2 – wstęp

W: To ja może postaram się wykorzystać te Twoje szalone pomysły i dzisiaj ukierunkuje naszą rozmowę na tą nieszczęsną, albo szczęsną dyrektywę dotyczącą praw autorskich, czyli to co przeciętny internauta dzisiaj nazywa ACTA 2.

A: W tym miejscu powinna zabrzmieć dramatyczna muzyka.

W: Dokładnie. Czy w ogóle ACTA 2 to jest dobre określenie?

A: Zaczniemy od tego, a potem może się cofniemy w czasie i porozmawiamy o historii dyrektywy.

ACTA 2 jest możemy powiedzieć takim #hasztagiem i żyje własnym życie. Został przypięty do procesu legislacyjnego dotyczącego bardzo konkretnego dokumentu prawnego jakim są założenia nowej dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym

W: Jak to zwykle, akta europejskie pięknie brzmią.

A: Tak, taka nazwa, która pewnie nikogo za bardzo nie pobudzi do działania. Prace nad tą dyrektywą trwają już co najmniej trzy lata.

W: Ja bym zapytał, czy jest w ogóle perspektywa, że one się skończą. Bo ostatnie doniesienia pokazują, że to znowu będzie się rozwlekać.

A: Prace muszą się skończyć, bo Parlament Europejski działa tak, że umownie się resetuje wraz z końcem kadencji. Ta kadencja się kończy. Mamy wybory do europarlamentu w maju lub w czerwcu. Ostatnie posiedzenie europarlamentu odbywa się w kwietniu i jak oni na tym posiedzeniu nie przegłosują, to nie będzie tak, że będzie przerwa i we wrześniu czy w październiku do tego wrócą. Jest czysty reset, wszystko zaczyna się od nowa. Więc to akurat jest ciekawa historia.

W: Ale w kontekście waszego przekazu, jako Centrum Cyfrowe, dotyczącego art. 11 i 13 dyrektywy to może byłoby lepiej jednak, gdyby tej dyrektywy rzeczywiście nie było.

A: Do oceny może dojdźmy, ale bym kilka słów o samym tym pojęciu ACTA 2 jeszcze. Ten slogan jest naprawdę mocny. Co ciekawe, ta dyrektywa nie była tak nazywana w Polsce od trzech lat. Dzieje się tak od lipca, kiedy rzeczywiście tan proces zaczął się finalizować. Zaczęły być podejmowane decyzje.

Ciekawe w ACTA 2 jest to, że ten hasztag i to hasło – ja lubię o tym myśleć jako o hasztagu, bo głównie gdzieś tak to widuję na Twitterze i media go też podchwyciły – jest polski. Raz na pewien czas Polska okazuje się być jakimś fenomenem cyfrowym. Nie myślimy o nas jako o kraju super rozwiniętym cyfrowo. W statystykach europejskich jesteśmy raczej w tyle, ale mamy takie momenty, kiedy okazujemy się strasznie świadomi. Akurat debata o prawie autorskim w Polsce jest gorąca jak nigdzie indziej w Europie.

Skąd to ACTA 2? ACTA 2 jest nawiązaniem oczywistym do ACTA, czyli do początków 2012 r., gdy Polacy wyszli na ulicę i to w dużych liczbach, protestując przeciwko porozumieniu ACTA. Mieliśmy wtedy to hasło i ludzie kojarzą je do dzisiaj. Pojawiały się wtedy opinie, że wielu ludzi nie rozumie o czym jest porozumienie ACTA, ale zabiera swój głos. Przerobili to sobie na jakieś hasła o wolności w Internecie i to się nie trzyma kupy. Podobnie jest teraz, gdy mówi się, że ludzie nie mają pojęcia, czym jest dyrektywa, nazywając ją ACTA 2.

Jasne, ulica przekręciła w sumie dyrektywę, ale tak się dzieje z wszystkimi przepisami. Naprawdę nie da się wskazać żadnego procesu legislacyjnego, gdzie przeciętny, nawet jakoś świadomy odbiorca, czegoś sobie nie upraszcza.

ACTA 2 – uczestnicy dyskusji

A: Dla mnie hasło ACTA 2 o tyle ma sens, że dzięki niemu dosyć złożone przepisy stały się przedmiotem debaty publicznej. Co ciekawe, to denerwuje część interesariuszy, czyli te strony dyskusji, które bardzo by chciały, żeby to się zamknęło w eksperckiej dyskusji pomiędzy lobbyści różnych branż oraz prawnikami.

Tu to się niejako wylało i niektórzy mają pretensje do ACTA 2. Mi się wydaje, że to po prostu jest taki realny stan. Oczywiście trzeba dodać, że w Polsce ten proces jest trochę upolityczniony. ACTA 2 ma takie momenty, gdy się staje trochę polityczne. Te działania ACTA 2, jeśli już są wspierane przez polityków to głównie z okolic partii Kukiz. Ale znów mi się nie podoba, że niektórzy mówią, że to jest takie strasznie upolitycznione i chodzi tylko o politykę. Nigdy nie jest tak, że chodzi tylko o jedną rzecz. Tak się akurat składa, że te środowiska mają taki rys wolnościowy w sobie no i po prostu się okazało, co jest dosyć ciekawe, że oni naprawdę to sobie tłumaczą w kategoriach wolności Internetu. No i to chwyciło, i to jest waśnie ten fenomen ACTA 2.

Oczywiście w momencie, kiedy cały przekaz medialny zaczyna być „#ACTA2, ACTA 2”, a już nawet nie wymienia się dyrektywy, to jest pewnie ten moment, kiedy powinniśmy zwracać uwagę żeby jednak pamiętać o merytorycznej dyskusji, a nie tylko rzucać hasłami.

W: To jest trochę tak jak z hasłem RODO. Jest ono do pewnego czasu pożyteczne, bo jednak kumuluje uwagę i pozwala pewne rzeczy przedyskutować, ale na pewnym etapie staje się uciążliwe i zaczyna przeszkadzać, bo pojawiają się kolejne mity. Mnie się wydaję, że większość osób posługujących się ACTA 2 i pytających o różne rzeczy z tym związane, gdy słyszy ACTA to od razu widzi cenzurę. No a to nie do końca tak jest.

A: Ta cenzura to oczywiście ciekawy wątek, tylko pytanie czy coś musimy sobie o samej dyrektywie opowiedzieć, o tym jak ona powstała.

ACTA 2 – historia

W: Może niekoniecznie o tym jako ona powstawała, bo wejdziemy w bardzo szeroki proces. Ja bym się chciał skupić na tym, żeby odbiorca, który konfrontuje się w internecie z hasłem ACTA 2 był w stanie merytorycznie odnieść się do pewnych kwestii i mieć świadomość o czym my mówimy.  Do mnie coraz częściej piszą ludzie „Panie Wojtku, tyle tego hałasu w tych mediach. Mógłby Pan mi w kilku słowach opowiedzieć, o co tu w ogóle chodzi?”

A: Nie chcę jakoś bardzo komplikować sytuacji, ale może warto sobie jednak o tej dyrektywie opowiedzieć.

Dyrektywa w ogóle początkowo miała nie być dyrektywą. Komisja Europejska, moim zdaniem gdzieś w okolicach 2014, 2015 r., wiedziała, że ma problem z obiegiem i używaniem treści w Internecie. To jest cały czas temat, który jątrzy. Reguły w  telewizji, radiu, muzyce są jasne. Są wypracowane od lat standardy, a w internecie po prostu dzieją się dziwne rzeczy i trzeba to jakoś uporządkować.

Jedną stroną układanki jest tzw. enforcement, czyli egzekwowanie i Komisja powiedziała, że tym nie będzie się zajmować. Ta dyrektywa nie dotyczy tak naprawdę enforcementu. Drugą stroną układanki jest takie wywarzenie kwestii co wolno, a za co trzeba płacić. Tak zwany dozwolony użytek i trochę przepisów o wynagrodzeniach. Początkowo Komisja miała taki pomysł, że ona będzie promować rozwiązania licencyjne. Czyli po prostu by chciała, żeby różne strony się dużo lepiej dogadywały i żeby różni wydawcy wydawali bardzo dużo licencji, które rozwiążą sytuację i zaletą byłoby to, że nie trzeba będzie wchodzić w proces legislacyjny.

Takie rozwiązanie bardzo podobało sięposiadaczom praw, którzy bardzo wierzą w model licencyjny. Nie podobało się to natomiast takim organizacjom, jak moja, które wierzą, że prawo autorskie zrównoważone ma też formułę dozwolonego użytku, pewnych swobód i dużym sukcesem było to, że Komisja w którymś momencie powiedziała: „dobrze, nie idziemy w ten scenariusz licencyjny. Prawo wymaga zmiany, zajmijmy się tym”.

Rzeczywiście prawo wymaga zmiany, bo ta dyrektywa jest takim uzupełnieniem, modyfikacją tzw.  infosoc directive która jest z 2001 r. To niesamowite, bo minęło już 18 lat. W przypadku dyrektyw dotyczących nowych technologii nie ma co się cieszyć, że ona już dojrzała i, że ma osiemnastkę tylko trzeba myśleć, że jest jakąś starą babcią, bo jeśli powstała w 2001 r., to zaczęto ją formułować pewnie jeszcze w XX wieku. Nie było Facebooka, nie było YouTube, nie było smartfonów, netflixa i mógłbym tak dalej wymieniać.

W: Nie było nawet wyobrażenia, że mogą być.

A: Tak. Więc był najwyższy czas, żeby to zmienić i to, co warto wiedzieć o tej dyrektywie to fakt, że dzisiaj się ciągle słyszy o art. 11 – prawa wydawców i art. 13 – filtry. To na pewno są rzeczy fundamentalne i najbardziej kontrowersyjne, ale jak można się domyślić, przed art. 11 są tam jeszcze inne przepisy, art. 10, art. 9, art. 8 … i tam również są ważne rzeczy. Tam jest między innymi kwestia tak zwanego text and data mining, czyli prawa do pracy na danych, na dużych zbiorach danych. Są również nowe rozwiązania dla instytucji dziedzictwa, edukacji.

Oczywiście, jeżeli ktoś mnie spyta „połóż na szali z jednej strony to czy muzea mogą trochę lepiej przechowywać dziedzictwo w postaci cyfrowej, a na drugiej ewentualną cenzurę internetu”, to wiadomo, że większym wyzwaniem są te filtry. Ale warto pamiętać, że w tej dyrektywie jest trochę więcej rzeczy niż tylko art. 11 i 13.

W: Pierwsze najważniejsze stwierdzenie dla laików, przeciętnie zainteresowanych tematem jest zatem takie “nie dajmy się wpędzić tylko w to, że art. 11 i art.13 kończy dyrektywę”. Nie będziemy oczywiście na potrzeby tego odcinka omawiać teraz dyrektywy od początku do końca, bo byśmy nie skończyli do późnej nocy, ale dajmy ludziom do zrozumienia, że nie chodzi tylko o filtrowanie treści. Nie jest również tak, że chodzi tylko o prawa wydawców.

A: To o czym się nie rozmawia, to jest duży pakiet tak zwanego dozwolonego użytku, czyli regulowania niejako, co wolno bez zgody. My mamy do tych przepisów jakieś zarzuty, one nie są idealne, ale trzeba szczerze przyznać, że są jakimś krokiem na przód i są na pewno jakimś dostosowaniem przepisów do czasów dzisiejszych. Choć jest tam z naszej perspektywy masa dziur.  Rozumiem jednak, że powoli możemy ten dozwolony użytek rzeczywiście odłożyć na potrzeby tej rozmowy.

ACTA 2 – podatek od linków

W: Tak, tak odłóżmy, bo mamy już 15 minut nagrane. Powtórzmy w tym miejscu, że pierwszy argument, który daliśmy to jest taki, że nie dajmy się złapać, że dyrektywa kończy się na art. 11 i 13, a następnie przekornie przejdźmy właśnie do tej jedenastki i trzynastki. Gdy chodzi o art. 11, pojawiło się pojęcie podatku od linków, które z podatkiem nie ma za wiele wspólnego. Chciałbym żebyśmy teraz rozjaśnili, jak rozumieć prawidłowo to, co często nasi znajomi, koledzy czy nawet dziennikarze określają jako podatek od linków. Co to jest, czy należy się tym przejmować i jak to wygląda.

A: Sprawy nie da się uprościć. Właśnie jak się chce ją uprościć, to hasło “podatek od linków” jest nie najgorszym uproszczeniem. Sprowadza się to do tego, w największym skrócie, że różnego rodzaju pośrednicy uważają, że mogą mieć jakiś rodzaj praw autorskich, taki jaki mają twórcy.

Twórcy przysługują prawa autorskie, bo stworzył. Od jakiegoś czasu jest jednak również filozofia, w której chroni się pewien nakład. On nie jest wkładem twórczym, bardziej finansowym i organizacyjnym, więc tutaj nie mówimy już o prawach autorskich, ale o  prawach pokrewnych. Nie ma nic wspólnego z twórczością, ale mówi się, że jest to jakiś nakład zasobów, który trzeba chronić. Idea jest taka, że chronimy nakład i niejako ten nakład jest ważny, bo to jest ten czynnik biznesowy. To jest po prostu zapewnienie biznesowi kreatywnemu środków do działania i stworzenia takiego modelu, że on się nie czuje umownie wyzyskiwany przez tych, którzy korzystają z treści.

Wydawcy mają tutaj taki dosyć prosty i w pewnym sensie zdroworozsądkowy argument. Wytwórnie muzyczne mają już prawa pokrewne do fonogramów, producenci filmowi mają prawa pokrewne, jesteśmy jedyną grupą producentów, którzy tego prawa nie mają, więc uzupełnijcie tą lukę. To jest pierwszy argument.

Drugi argument jest bardzo pragmatyczny. To, co ich boli to jest to, że ludzie używający Facebooka wrzucają linki do artykułów, a Facebook te linki wyświetla i żyjemy w czasach, kiedy wielu osobom wystarcza obejrzenie linku bez przeczytania artykułu, by wiedzieć co się dzieje na świecie. Jest po prostu natłok informacji.

Skutek jest taki, że wydawcy muszą dziś polegać na serwisach takich Facebook, Google, YouTube, Twitter czy nawet polski Wykop. Oni mają ruch z tych serwisów, a jednocześnie zaciskają ze złości zęby, bo widzą jak dużo tego ruchu nie dociera do nich. Więc mają poczucie, że te platformy wykorzystują jakoś ich zasoby, więc należy im się wynagrodzenie.

I tutaj pojawia się słowo podatek, które rzeczywiście jest nieprecyzyjne i bardzo denerwuje wydawców.

A teraz druga strona medalu. Po pierwsze, można zacząć pryncypialnie i stwierdzić, że po prostu nie należy tworzyć nowych praw pokrewnych. Jest to trochę pryncypialne, przyznaję, ale po prostu taką przyjęliśmy zasadę, że średnio nam się ten pomysł podoba. Po drugie, powstaje pytanie, za co ci wydawcy, mówiąc kolokwialnie, mieliby naliczać te platformy?

Byłoby jasne, gdyby te platformy np. publikowały całe ich artykuły. To by było jasne – za skopiowany cały utwór należy się wynagrodzenie. Tutaj mówimy jednak o snippetach, czyli wycinkach. O tym, że się pojawia np. tytuł artykułu, w który można kliknąć i nam coś otworzy, a czasem pod nim jest pół zdania, jakiś taki wycinek. Tu się tworzy taka sytuacja dziwna, bo rzeczywiście są to bardzo małe fragmenty i jest dobre pytanie czy one w ogóle są przedmiotem prawa autorskiego. Ale wydawcy mówią: to nie jest istotne, my chcemy trochę inne prawo i właśnie takie konstruujemy, że akurat nam, wydawcom prasowym akurat w tym świecie należą się pieniądze za te wycinki.

W: Mamy dwa stanowiska i mamy w tym wszystkim jeszcze internautów, którzy korzystają z tej wyszukiwarki czy z tych agregatów. Powiedz proszę, jak to wygląda w obecnym brzmieniu tego ostatecznego projektu, co to będzie oznaczać dla internautów i czy rzeczywiście ci internauci muszą się bać, że stracą dostęp do treści.

A: Ostatecznego projektu jeszcze nie znamy. Może warto powiedzieć na tym etapie jeszcze jedną rzecz. Od takiego wycinka jest dosyć blisko do samego hyperlinka i pewnie wszyscy by się zgodzili, że byłoby kuriozalne, gdyby prawo autorskie uznało opublikowanie hyperlinka do jakiegoś tekstu jako formę wykorzystania tekstu. Nie promowanie tylko wykorzystanie. Czyli podlinkowanie byłoby porównywalne ze skopiowaniem tekstu.

W: Mówimy zatem o tym, że samo podlinkowanie może być publicznym udostępnianiem czy tam komunikowaniem nowej publiczności jak to Trybunał Sprawiedliwości twierdzi. Bo są już takie wyroki.

A: Ano właśnie. Więc znów jakby przeciwnicy tego przepisu mówią momentami, że to jest link tax, czyli podatek od linków. Na co wydawcy mówią, nie nie, to nie są linki, nie jesteśmy aż takimi radykałami. Ja osobiście uważam, że taka trajektoria zmiany zmierza w tym kierunku, że są podmioty, które naprawdę by chciały, żeby linki były przedmiotem prawa autorskiego. Bo to się narzuca. Linki są naprawdę na masową skale produkowane przez wszystkich, więc stanowią świetne źródło przychodu, gdy myśli się ekonomicznie.

W: Wiesz, dlaczego Cię zapytałem o konsekwencje? Bo mamy już doświadczenie europejskie i przykład Hiszpanii czy Niemiec wskazuje, że to idzie potem obuchem w stronę użytkownika

A: Przykład hiszpański pokazuje, że jeden sposób poradzenia sobie z dodatkowymi uprawnienia wydawców jest taki, żeby w ogóle wyjść z rynku. Dotyczy to na przykład Google News, agregatora newsów. Oni go w Hiszpanii wyłączyli, gdy rząd hiszpański zaczął wymuszać takie rozwiązanie a’la art. 11.

Moim zdaniem to jest fajnie postawić w kategoriach wyboru, nie takiego czarno białego, tylko skutków. To jest wybór czy raczej interesuje nas wspieranie takich tradycyjnych form prasowych, czy bardziej internetowych. Jeżeli jesteśmy przywiązani do jednego tytułu i byśmy naprawdę chcieli, żeby on miał więcej pieniędzy, to jest szansa, że dodatkowe prawa wydawców mu pomogą.

Po drugiej stronie medalu są ludzie, których bardziej interesuje pewien ekosystem informacji w którym te treści pojawią się w różnych serwisach, agregatorach. To wszystko działa, bo ludzie zupełnie inaczej podchodzą do informacji.

W: Wiem, że nie lubisz uproszczeń, ale mega mega upraszczając byśmy powiedzieli tak, że dla ortodoksów, którzy lubią poczytać prasę, jestem za wydawcami. Natomiast dla tych, którzy lubią internet jesteśmy nie za wydawcami.

A: Tak, tylko co gorsza te skutki nie są oczywiste i jest masa argumentów typu „Hej, no wydaje Ci się, że wydawcy zyskają, a to jest nieprawda – oni nic nie zyskają”. I tutaj niestety dochodzimy do miejsca, w którym jak byśmy mieli ocenić, to po prostu można by było powiedzieć, że świat jest złożony i trochę nie wiadomo, co ten przepis spowoduje.

W: Jeżeli dobrze pamiętam to właśnie w Hiszpanii był ten case, że za chwile wydawcy, który domagali się by Google im płacił, w sytuacji, w której Google nie chciał zapłacić, a po prostu wyłączył usługę, próbowali argumentować, że Google ma obowiązek tą usługę zapewniać. Macie obowiązek zapewniać usługę, więc macie obowiązek nam płacić.

A: Ale wydaje mi się, że wymuszenie obowiązku w Europie się nie wydarzy.

W: Bo to by było tak, że gdybyś był zwykłym przedsiębiorcą, to byś powiedział tak „ja od dzisiaj nie chcę takiej usługi świadczyć”, a ktoś by Ci powiedział „Masz obowiązek”.

A: I to, co może warto wiedzieć, to niemal by się chciało, żeby te przepisy były nazwane od nazwy firmy, w którą są wycelowane. W Niemczech w którymś momencie tak mówiono, że jest to przepis na Googla. Pamiętajmy jednak, że są też mali agregatorzy, jak choćby polski serwis wykop, którzy nie mają miliardów użytkowników. Mają oczywiście z tego jakiś zysk, ale działają w zupełnie innej skali, mają zupełnie inne mechanizmy działania. Wprowadzenie proponowanego przepisu może sprawić, że np. Google, szczerze mówiąc, jak będzie chciał to po prostu zapłaci, a mali będą mieć problem.

W: Czyli podsumowując, jeżeli byśmy poszli w kierunku rozwiązania proponowanego przez wydawców, to doszlibyśmy do sytuacji, w której każdy agregator musiałby z określonym wydawcą zawrzeć umowę, żeby móc prezentować treści no i jest realne zagrożenie, że nie będzie tym zainteresowany, więc tych treści w ogóle nie będzie.

A: Albo że dogadają się duzi po obu stronach. Duże platformy z dużymi przedstawicielami np. koncernów prasowych międzynarodowych, a kłopot będą mieli mali agregatorzy jak i startupy kombinujące, czy da się na rynku jakąś nową usługę zaoferować i małe tytuły prasowe może niezrzeszone, lokalne. Więc niektórzy twierdzą, że skutkiem może być koncentracja rynku, która nie jest dobra, bo już jest rynek skoncentrowany.

W: Ok, to jak oceniasz w Twojej perspektywie – w która stronę pójdzie ostateczne rozwiązanie? Podejmujesz się?

A: Jeśli ta dyrektywa ma przejść, oni muszą się na coś zgodzić i politycy w którymś momencie po prostu się dogadują. Ale nie wiem czy to rzeczywiście się uda.

W: To jeszcze na chwilę o tym art. 11, bo przyszedł mi do głowy jeszcze jeden wątek. Mówimy o prawach pokrewnych, fonogram, wideogram. Wprowadzimy teraz prawo dla wydawców prasy. Czy my jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że za chwilę pojawi się kolejna grupa, która stwierdzi, że ona też jakieś nakłady robi i chciałaby też mieć prawa pokrewne. Czy my, jak gdyby domkniemy już ten system no bo mamy fonogramy, mamy wideogramy, będziemy mieli teraz upraszczając prasogramy. Czy coś jeszcze byś widział co by mogło pojawić się w przyszłości?

A: Na razie nic mi jeszcze nie przychodzi do głowy. Mamy np. mocną branżę gier komputerowych i tu Ciebie mógłbym spytać. Czy umiesz sobie wyobrazić, że CD project zaczyna gdzieś szukać jakiegoś prawa pokrewnego. Chyba nie, bo oni sami produkują, oni są takim twórcom właściwie.

W: Oni mają za dużo problemów z Panem Andrzejem, żeby zaprzątać sobie głowę.

A: Haha, tak, to prawda. No więc może by się to i domknęło.

W: Bo wiesz, taki argument też można wysnuć, że skoro daliśmy branży muzycznej, daliśmy branży audiowizualnej, dajmy już tej prasie i mamy temat na wsze czasy zamknięty. Tylko istnieje takie ryzyko, że za chwile ktoś wymyśli kolejny nakład.

A: Bardzo jest to prawdopodobne.

W: I zacznie się dyskusja od nowa.

A: Trzeba w ogóle przyznać, że przedstawiciele twórców, tych posiadaczy praw, poszukują sposobów zysku. Prawo autorskie jest często traktowane stricte ekonomicznie. Jest racjonalne dla tych podmiotów szukanie, gdzie jeszcze można by znaleźć pieniądze. Ja raczej wtedy denerwuję się na Komisję Europejską czy na państwo polskie, bo ja bym chciał, żeby dużo bardziej ważyło te interesy i zadało sobie trudne pytania jak to zrobić niż przewidywało proste rozwiązania zaspokajające jedną ze stron.

W: To przerobiliśmy art. 11 i podatek od linków. Przejdźmy teraz do art. 13, bo to jest druga narracja i ja też się zgadzam z Tobą, że tak naprawdę dużo bardziej zaawansowana byśmy powiedzieli, bo to już nie chodzi o prawa pokrewne. To o co chodzi?

ACTA 2 – filtry i cenzura

A: Chodzi o coś kompletnie fundamentalnego w tym momencie dla Internetu, czyli o zasady odpowiedzialności pośredników.

W: Które wydawało się, że są na tyle już ugruntowane, że są już nie do zmian.

A: Tak. Dotychczas to wynika w Europie z dyrektywy infosoc. Temat dotyczy pośredników, a w szczególności o platformy, gdzie pojawia się jakiś ludek, internauta, który chce móc gdzieś opublikować swój film i odnajduje coś takiego jak YouTube i tam publikuje. YouTube staje się w takiej sytuacji pośrednikiem pomiędzy internautą a odbiorcami. No i ci ludkowie, internacu dzielą się na takich, którzy są profesjonalni już dzisiaj albo są amatorami i wrzucają tam siebie rzępolącego na gitarze, albo są wręcz piratami. Jeszcze pojawia się szara strefa remiksów, komentowania, gdzie nie ma prostej odpowiedzi czy wolno czy nie wolno – choćby świat przeróbek, coverów muzycznych.

W: Problematyczne są też również choćby recenzje gier.

A: Tak, recenzje gier albo livestreamy. Gram przez dwie godziny w Wiedźmina i komentuje, i tak dalej, i tak dalej.

W: Do tej pory bardziej skupiało się to na tym, jaką politykę ma dana uprawniona firma. Mamy podmioty na rynku gier, którzy mają bardzo restryktywną politykę i nawet wszystkie fanplaye chcą zablokować i są tacy, którzy uważają, że jest to dla nich promocja.

A: Problem dotyczy tych, którzy chcieliby zablokować. Zastanawiają się oni „kto jest winny”. Mogą namierzyć jakiegoś tam umownego młodzieńca oraz widzą na tym swoim celowniku tą firmę, profesjonalny duży podmiot monopolistyczny z kupą pieniędzy, który jakoś uczestniczy w tym wszystkim. Na gruncie dotychczas obowiązujących przepisów ta firma, ten pośrednik nie mógł skorzystać z wyłączenia odpowiedzialności.

Do którego momentu ta odpowiedzialność jest wyłączona? Do momentu, do którego ktoś się do nich zgłosi i powie „Halo, halo ja znalazłem u was taką treść i ja mam do niej prawo, ten film został nielegalnie wgrany, bo to jest Avengers 4, a premiera jest dopiero za trzy dni wiec proszę usunąć”. Wtedy dopiero zegar zaczyna tykać i ta firma musi zgodnie z jakąś procedurą zadziałać, usunąć treść.

Była zatem cała procedura i kluczowe w tej procedurze było to, że na początku nie ma winy. Musi być zgłoszenie i wprowadzenie tych przepisów co skutkowało tym, że jest dziś wielki biznes zgłaszania naruszeń, są firmy, które w tym pośredniczą. Co się wydarzyło ciekawego, te przepisy oczywiście dotyczą takich serwisów jak chomikuj czy cda, które się totalnie zasłaniają tymi przepisami.

Dziwne w tej całej dyskusji jest to, że powoli słychać język „YouTube kradnie” i to dla mnie jest trochę niesamowite, bo można mówić różne rzeczy o tych platformach, mówi się, że po prostu mają nieuczciwe deale z twórcami czy cokolwiek, ale uruchamianie teraz w języku piractwa wobec tych wielkich graczy jest dla mnie dosyć szokujące.

W: No to my tak z Bartkiem dzisiaj stwierdziliśmy, że w zasadzie pojęcie piractwa w dzisiejszych czasach powinno odejść do lamusa. Bo dzisiaj piractwo, które my kojarzymy z latami 90 to ono już tak naprawdę nie istnieje.

A: Bo się opierało na kopiowaniu, a dziś rządzi stream i moim zdaniem nastolatki się pukną w głowę, że ktoś w ogóle kombinował, jak przegrać płytę, bo dla nich jest pytanie czy mają dostęp do Spotify. Wracając do tej dyrektywy, fundamentalna zmiana ma być taka, że jednak ten pośrednik jest na dzień dobry odpowiedzialny. On komunikuje tą treść publicznie i niejako dokonuje czynności wykorzystania treści.

W: Krótko mówiąc, ten pośrednik teraz byłby postawiony w sytuacji, w której każdy pośrednik musiałby za każdym razem zapewnić sobie licencję, albo przyjąć zasadę nie publikuję nic, czyli kończę swój biznes, albo wprowadzić mechanizm, który będzie to na wstępie odsiewał.

A: Tak. Jako argument podawane są serwisy, gdzie licencjonowanie funkcjonuje w pełni. Te środowiska, które zabiegały o art. 13 pokazują jako przykład Spotify, który jest platformą, która ma kontrolowaną publikację, tam wszystko jest wylicencjonowane. Nie da się zrobić samodzielnego publishingu na Spotify. Mogą go już powoli robić mali gracze, na przykład youtuberzy już mają swoje treści na spotify, ale to idzie w naprawdę kontrolowany wylicencjonowany sposób.

YouTube to jednak można odtworzyć, wrzucić i pójdzie, bez żadnych ograniczeń. I niejako o to właśnie idzie w dyskusji nad art. 13. O te treści amatorskie, ale też o treści, które zgodnie z prawem mogą się mieścić w dozwolonym użytku.

Sytuacja wygląda zatem tam, że dyrektywa położyłaby nacisk na licencjonowanie tego co się da. Brak licencji byłby realnym ryzykiem i zagrożeniam dla platformy. Pamiętajmy jednak, że większość rzeczy dostępnych na YT jest już wylicencjonowana. To znaczy, organizacje zbiorowego zarządzania już mają deale z YouTubem i to jest kontrolowane.

W: To trochę wygląda tak, jakby przepisy chciały być takim dobrym wujkiem i nakazać pewne praktyki, a przecież nie trzeba nakazywać, bo przecież podmioty już się dogadują.

A: No właśnie i to tłumaczy, dlaczego tu nie chodzi o dogadanie się tak naprawdę YouTubea czy tam jakiejś platformy. Chodzi o skutki przepisów. Być może takie przepisy by zaskutkowały jakimś jeszcze dolicencjonowaniem treści, ale potem byśmy znaleźli tą całą pulę szarej strefy: remiksy, twórczość fanowska korzystająca jakoś z twórczości, ale być może cytująca, być może będąca parodią. No i dzisiaj ona funkcjonuje w takiej trochę szarej strefie. Jak ktoś nie zgłosi roszczenia na YT, to ona tam wisi. W tych nowych przepisach taka platforma by sporo ryzykowała, bo jakby ktoś znalazł naruszenie albo domniemanie naruszenia, no to nie groziło by jej to, że ktoś to zgłosi, a ona szybko załatwi sprawę, tylko by był już pozew jakiś.

No i tutaj pojawia się najbardziej gorący temat, czyli filtry treści. Czym by te platformy miałyby się zasłonić w obawie przed roszczeniami o naruszenie praw autorskich? Miałyby im pomóc w tym filtry treści. Filtry treści to jest taka idea, że te platformy postawiły na technologie wyłapującą naruszenia.

W: Jak mówimy o filtrach treści to myślę, że dla przeciętnego użytkownika najlepszym porównaniem jest content ID, bo to jest właśnie filtr treści.

A: I to jest właśnie fascynujące, bo niejako mamy dyskusję, w której ci posiadacze praw mogą YouTubowi powiedzieć: „no słuchajcie, przecież wy już macie ten system, on działa, sami go stworzyliście to w ogóle czemu się denerwujecie”. Co jest ważne, to fakt, że content id jest dobrowolnym systemem, który rzeczywiście YouTube zrobiło trochę pod presją posiadaczy praw i nie musimy tłumaczyć, jak on działa. On ogólnie wyłapuje treści chronione przez prawo i albo je blokuje albo monetyzuje.

W: Daje możliwość podjęcia decyzji przez uprawnionego.

A: Tak, tylko to co zmienia art. 13, to filtr jako obowiązek. I tutaj się pojawia taki fundamentalny problem. Wydaje się, że jest złym pomysłem, żeby firmy takie jak YouTube zajmowały się egzekwowaniem prawa. Jeśli z majestatu prawa zastępowały by sądy, no to my o tym mówimy jako o prywatyzacji tej egzekucji prawa, co się wydaje z gruntu złym pomysłem. Na ten moment to sąd może zdecydować, czy treść narusza prawa. Pomysł dyrektywy ciężar przerzuca na platformę, która ma za pomocą filtrów zapewnić, by publikowane przez użytkowników treści były legalne.

W: Zresztą to już by nie wyglądało tak jak teraz wygląda, że przychodzi roszczenie i podmiot uprawniony decyduje, co chce zrobić tylko wręcz odwrotnie, nie przychodzi żadne roszczenie tylko od razu jest blokowane. Ten podmiot uprawniony nie ma możliwości decyzji, czy on się godzi czy nie.

A: Teraz musimy dojść do kluczowego słowa cenzura i pytania, czy jest ono równie absurdalne jak link tax. Moim zdaniem nie. Ja wiem, że ono brzmi dziwnie. Rozmawialiśmy zresztą ze znajomymi z Europy, że ono brzmi szczególnie dziwnie, bo w Polsce jest złe doświadczenie cenzury. W Holandii jak się powie słowo cenzura, to dla nich to jest jeszcze inaczej, bo dla nich to kosmos.

To, co trzeba zrozumieć, to trzeba zacząć myśleć, że cenzurować mogą podmioty komercyjne, co wcześniej było niemożliwe. Moim zdaniem to słowo cenzura jakoś tam jest uzasadnione, bo rzeczywiście cenzura mogłaby być skutkiem stosowania tych filtrów.  Mówię, że mogłaby być, bo chcę być bardzo uczciwy, bo nie chcę popadać w taki język bardzo publicystyczo lobbystyczny, że na pewno będzie albo na pewno nie będzie. Nie wiemy jakby to zadziałało, ale jest zagrożenie, że byśmy blokowali treści, które po prostu nie muszą być blokowane.

W: No właśnie. Bo jak wyłowić te treści, które powinny być zablokowane i te, które mogą zostać?

A: Tu się pojawia dyskusja. Filtry by były jakimiś rodzajami sztucznej inteligencji. Modny temat.

W: Sztuczna inteligencja zastępująca wymiar sądowniczy.

A: Tak, siedziałaby jakaś taka maszyna i miała by w sobie jakieś algorytmy i próbowała ocenić. Proste wypadki by wyłapywała i blokowała, ale gorzej, jeśli będzie miała do czynienia np. z jakaś recenzją. Jest masa przypadków i mój ulubiony ostatnio polski Think tank, prawicowy klub jagielloński i jego szef Krzysztof Mazur.

Krzysztof robi sobie takie felietony onlinowe, postanowił zostać influencerem. Klub jagielloński się bardzo interesuje małymi miastami, a Krzysiek stara się robić ciekawe felietony online, a nie nudne, więc wkomponował w swój felieton hit Dawida Podsiadło „Małomiasteczkowy”. Zaczynam oglądać ten filmik, widać, że jest tam klip Dawida Podsiadło i nagle zaczynają się dziać dziwne rzeczy, bo coś z dźwiękiem jest coś nie tak i pojawia się taki głos „Halo halo ja nie jestem Dawidem Podsiadło, ja jestem montażystą Krzysztofa. YouTube zablokował nam ten klip, bo była tam muzyka Dawida i my nie mamy teraz dwóch tygodni na wyjaśnianie praw autorskich więc postanowiliśmy, że rzeczywiście ten głos usuniemy, bo to on był powodem zdjęcia treści i ja będę mówił za Dawida”.

Jest tam nawet fragment w drugiej części klipu jak ten montażysta śpiewa strasznie źle. Jest to trochę urocze, ale ta uroczość tego nas odciąga od prawdziwej historii i jest słabo, że komentator publiczny, który pokazuje 15 sekund klipu, który naprawdę pasuje do narracji, bo on mówi o tych małych miasteczkach, jest zablokowany przez filtr treści. To jest jakby przedsmak tego, co może się dziać. Ja uważam, że to jest cenzura. Można szukać na to innego słowa, jest to jakieś blokowanie prewencyjne treści.

W: Z innych powodów niż kiedyś, ale jednak.

A: Z kompletnie innych, z ekonomicznych. Niejako tutaj Krzysztof Mazur stał się mimochodem taką ofiarą jakiegoś takiego procesu ekonomicznego. To jest ciekawe, że jest dużo ludzi w dyskusji, którzy odmawiają rozmawiania o wpływie na użytkowników i mówią, że to jest dyskusja wyłącznie między twórcami a YouTubem i nic wam internauci do tego, więc przestańcie mówić, że jest problem z waszymi prawami, nic wam się nie stanie.

W: Tylko nie bierzemy pod uwagę, że każdy internauta to można dziś powiedzieć, też twórca.

A: No choćby to, ale nawet jak nie jest twórcą, to te przepisy mają wpływ na to jak się będziemy wyrażać, komunikować, wymieniać informacjami. I strasznie mi przeszkadza, że biznes nie chce w tę rozmowę wejść. Były formułowane naprawdę dosyć mocne zarzuty, nie przez ludzi krzyczących ACTA 2, tylko przez prawników, ekspertów z którymi można się nie zgodzić, ale powinno się ich uwagi jakoś uwzględnić, a one nie są uwzględniane, one są gdzieś spychane pod dywan.

W: Wiesz, teraz jak tak mówisz, to przychodzi mi do głowy, że mamy tutaj problem, który można rozpatrywać również z punktu widzenia praw człowieka. Trochę wpadamy w system, w którym o tym naszym prawie do wolności wypowiedzi nie będzie nawet decydował organ państwowy, tylko prywatny mechanizm firmy ze stanów zjednoczonych

A: Tak i nie wchodźmy w to na potrzeby tej rozmowy, bo przepadniemy. Mogę tylko powiedzieć, że w Polsce nikt nie chce o tym poziomie praw człowieka rozmawiać. W tej debacie politycznej mam też dużą pretensję do rządu, który odmawia rozważenia tych kwestii i nabiera wody w usta, ale rozumiem, że nie drążymy, ale dobrze, że hasło się pojawiło.

W: To spróbujmy to jakoś podsumować tak żeby uzbroić tego naszego słuchacza w przydatną wiedzę. Jak się spotka z kolegami na imprezie i ktoś go zapyta „co myślisz o ACTA 2” to będzie w stanie się odnieść, co myśli.

A: To może w pierwszym zdaniu fajnie powiedzieć, że to nie jest aż tak proste, że nam wyłączą internet albo zabiorą nam wolność w internecie, ale w drugim zdaniu dobrze wiedzieć, że chodzi jednak o sprawy dosyć poważne, szczególnie z art. 13, gdzie pojawia się nawet wątek praw człowieka.

Trzecia ważna rzecz jest taka, że ta dyrektywa jest złożona, więc należy pamiętać, że są tam też inne rzeczy, które mogą z niej wypaść np. z powodu awantury o art. 13 i ja uważam, że uporządkowanie tego jak w edukacji używać treści jest ważne choć może nie jest tym, co ekscytuje najbardziej internautów i może lepiej, żeby o tym na imprezie nie rozmawiali.

No i to co może jest najciekawsze to to, że niemal można się już zakładać czy ta dyrektywa będzie czy nie, bo czasu zostało już naprawdę niewiele. Kilka miesięcy i to nie duże kilka, bo dwa trzy, żeby domknąć proces, który w tym momencie jest jeszcze kompletnie rozgrzebany.

Może jeszcze jedną rzecz warto w tej rozmowie powiedzieć. Że myśleliśmy, że 2018 r. będzie rokiem RODO. Kiedy RODO weszło w życie to ja myślałem, że to jest temat roku. Tymczasem wygląda na to, że mamy czasy prawa autorskiego.

W: To prawda, choć to też trochę zależy od grupy odbiorców, bo weź pod uwagę, że RODO interesują się przedsiębiorcy, bo muszą. Natomiast regulacją prawno autorską interesuje się spektrum osób, które nie prowadzą działalności i nic w związku z tymi przepisami wdrożyć nie muszą, ale ich to dotyczy i interesuje

A: I to dopiero wyszło w czerwcu, że moim zdaniem rok 2018 to zarówno rok RODO, jak i umownego ACTA 2. Wydaje się, że dzisiaj prywatność jest kluczowym tematem, ale ACTA 2 pokazuje, że jednak prawo autorskie nadal dużo znaczy i że to, jaki mamy dostęp do wiedzy, filmów, to jak się komunikujemy, wyrażamy, że każdy z nas z pomocą YouTube może być twórcą, ma ogromne znaczenie.

Jeśli dyrektywa przejdzie, to pamiętajmy również, że dyrektywy, w przeciwieństwie do RODO, nie wchodzą w życie automatycznie, one musza być transponowanie i będzie na to najpewniej 12 miesięcy. Jeśli to się będzie działo, to znaczy, że rok 2019 i 2020 będą latami prawa autorskiego w Polsce i trzeba się szykować, że ta dyskusja się nie skończy, bo w Polsce trzeba będzie wypracować przepisy.

W: Zapytam wobec tego jeszcze o jedno – dlaczego RODO jest rozporządzeniem, a za prawa autorskie się wzięli w dyrektywie?

A: Tak ogólnie rzecz biorąc, rozporządzenia się przyjmuje dużo rzadziej, gdy jest takie poczucie naprawdę fundamentalności, które się chyba pojawiło właśnie przy tematyce prywatności.

W: Wiesz, to możemy sobie teraz wyobrazić sytuację, że do uchwalenia dyrektywy nie dochodzi, nie starczyło czasu, a dyskusja tak obfita pokazała, że jest to temat tak ważny jak prywatność, więc teraz zaczynamy rozporządzenie, spotykamy się w 2025.

A: Może tak, ale trzeba pamiętać, że państwa członkowskie w ramach UE zachowują swoje obszary decyzyjności i to trochę też o tym jest historia, dlaczego dyrektywa, a nie rozporządzenie.

Powiem jeszcze, że dla mnie bardzo denerwujące jest, gdy niektórzy mówią na koniec po tych wszystkich fundamentalnych dyskusjach, że dyrektywa to jednak nie kłopot, bo decyzje zapadną w państwach członkowskich. To tu znów warto pamiętać, że ta dyrektywa jest totalnie istotna, bo to ona wytyczy kierunek i będziemy brać te zapisy dyrektywy i prawnicy będą je studiować co do słowa i dyskutować o tym jaki z tego już wynika konkretny przepis polskiej ustawy.

W: Na tym chyba zakończymy, jest ważna kwestia, nie idźmy dalej, bo zaraz wypaczymy podsumowanie. Dziękuję za rozmowę no i kiedyś może spotkamy się podczas dyskusji jak to się potoczyło ostatecznie. Tak jak to Hubert Urbański pyta w milionerach czy ostatecznie, a Unia Europejska, chyba że jeszcze nie koniecznie.

A: “Może zadzwonię do przyjaciela”. Dziękuję.

Podobał ci się ten materiał? Pokaż go światu. Dzięki poniższym przyciskom zajmie to dosłownie chwilę.

Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj do strefy wiedzy dla kreatywnych.

Bądź na bieżąco

Chcesz otrzymywać wartością wiedzę bezpośrednio na swoją skrzynkę e-mail? Zapisz się do newslettera.

Administratorem Twoich danych osobowych będę ja, tj. Wojciech Wawrzak, posługujący się adresem kontakt@wojciechwawrzak.pl. Szczegółowe informacje o przetwarzaniu danych osobowych znajdują się w polityce prywatności. Ponadto, odnajdziesz je w wiadomości potwierdzającej zapis do newslettera.

Blog wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jego działania, korzystania z narzędzi analitycznych (Google Analytics), marketingowych (Facebook Custom Audiences), wtyczek społecznościowych (Facebook, LinkedIN, Twitter), systemu komentarzy (Disqus), odtwarzacza wideo (YouTube) oraz odtwarzacza podcastów (SoundCloud). Szczegóły znajdziesz w polityce prywatności. Jeżeli wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies, kliknij w przycisk "Rozumiem i akceptuję". Jeżeli chcesz edytować ustawienia plików cookies, kliknij w przycisk "Ustawienia".
Ustawienia Rozumiem i akceptuję