Nawigacja

Rzeczpospolita donosi, że własny blog jest sposobem na niższy podatek. Dopiero co blogosfera ochłonęła po artykule w Gazecie Prawnej na temat rejestracji blogów, a już mamy kolejny hit. Tym razem korzystny dla blogerów.

Chodzi o możliwość zaliczania wydatków związanych z prowadzeniem bloga do kosztów działalności gospodarczej. I to wydatków nie byle jakich, bo np. kosztów zakupu kosmetyków, które będą następnie na blogu recenzowane.

Świetna wiadomość, co? Nic tylko zakładać firmę pod blog. Ja byłbym jednak ostrożny z podejmowaniem pochopnych decyzji.

Wszystko za sprawą interpretacji

Rzeczpospolita powołuje się w swoim artykule na interpretację Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z dnia 14 października 2015 roku, znak IPPB1/4511-1035/15-2/AM.

Streszczenie Rzeczpospolitej jest trafne, ale mimo wszystko, jeśli jesteś zainteresowany tematem, polecam lekturę interpretacji w całości. Tekst interpretacji umieściłem na osobnej stronie, link powyżej.

Nie będę samodzielnie streszczał interpretacji, bo to bez sensu. Zrobiła to doskonale Rzeczpospolita, szkoda powielać treści.

Ja chciałbym powiedzieć kilka słów od siebie na temat całej sytuacji i przestrzec cię przed huraoptymizmem.

To tylko interpretacja

Zawsze przestrzegam moich klientów, by w wątpliwych sytuacjach nie podejmowali decyzji na podstawie interpretacji, która została wydana dla kogoś innego.

Dlaczego?

Bo interpretacja dotyczy wyłącznie podmiotu, dla którego została wydana.

Konsekwencja jest taka, że jeśli urząd skarbowy zakwestionuje twoje poczynania, nie będziesz mógł powołać się na interpretację wydaną dla kogoś innego. Z twojego punktu widzenia, ta interpretacja jest bezwartościowa. Nie stanowi żadnej podkładki dla twoich działań.

Dlatego, jeśli chcesz mieć pewność co do swojej sytuacji, sam wystąp o interpretację. Złożenie wniosku kosztuje 40 zł, a czas oczekiwania to ok. 3 miesiące. Szczegóły znajdziesz na stronie Ministerstwa Finansów.

Dopiero gdy dla ciebie zostanie wydana korzystna interpretacja, masz podkładkę pod swoje działania.

Pamiętaj, że interpretacja warszawska nie oznacza jeszcze, że inne organy wydające interpretacje wypowiedzą się w ten sam sposób. Zdarza się, że różne organy wydają różne interpretacje.

Jest jeszcze jedno “ale”.

Jakie?

Takie, że to ty opisujesz we wniosku sytuację, której dotyczy pytanie podatkowe. Organ wydający interpretację nie bada, czy to zdarzenie jest prawdziwie, czy rzeczywiście ma miejsce, czy zostało prawidłowo opisane.

Jednocześnie wskazać należy, że procedura wydawania indywidualnych interpretacji przepisów prawa podatkowego nie podlega regułom przewidzianym dla postępowania podatkowego, czy kontrolnego.

Organ wydający interpretację opiera się wyłącznie na opisie stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego podanego we wniosku – nie prowadzi postępowania dowodowego.

Rolą postępowania w sprawie wydania indywidualnej interpretacji przepisów podatkowych nie jest bowiem ustalanie, czy przedstawiony we wniosku stan faktyczny (zdarzenie przyszłe) jest zgodny ze stanem rzeczywistym.

Ustalenie stanu rzeczywistego stanowi domenę ewentualnego postępowania podatkowego. To na podatniku ciąży obowiązek udowodnienia w toku tego postępowania okoliczności faktycznych, z których wywodzi on dla siebie korzystne skutki prawne.

Zatem interpretacja wydawana jest na podstawie tego, co napiszesz we wniosku.

Może zdarzyć się tak, że w przyszłości urząd skarbowy będzie kwestionował zbieżność twojej rzeczywistej sytuacji z tym, co zostało przedstawione we wniosku o interpretację. Jeśli tej zbieżności rzeczywiście nie będzie, kłopoty gwarantowane.

Garść informacji

Wyjaśniłem powyżej, jak działa interpretacja indywidualna. Pamiętaj, że nie jest to powszechnie wiążąca interpretacja przepisów, ale obowiązuje wyłącznie danego podatnika i wyłącznie w stanie faktycznym opisanym we wniosku o interpretację.

Oprócz wskazania na “ułomność” interpretacji, chcę dodać jeszcze kilka słów o samym wrzucaniu kosztów prowadzenia bloga w koszty firmy, czyli ocenić merytorycznie samą taką możliwość w kontekście tego, co zostało ujęte w interpretacji.

Problem z kosztami w firmie polega na tym, że ustawa o podatku dochodowym zawiera bardzo ogólną definicję kosztów uzyskania przychodu.

Art. 22 1. Kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów, z wyjątkiem kosztów wymienionych w art. 23.

Przy tak ogólnej definicji, to, co może być kosztem ustalane jest w drodze praktyki. To podatnik ponosi odpowiedzialność, czy określone wydatki prawidłowo zakwalifikował jako koszty uzyskania przychodu.

Rozstrzygnięcie zawarte w interpretacji opiera się na tym, że blogerka jako swoje przychody z bloga wskazała:

  • przychody z reklam emitowanych na blogu,
  • przychody z umów dotyczących współpracy komercyjnej na blogu.

Jeśli blogerka tak określiła swoje przychody z bloga, to organ wydający interpretację uznał, że koszty poniesione na tworzenie materiałów blogowych można uznać za koszty uzyskania przychodu.

Czyli jeśli blogerka recenzuje ubrania i kosmetyki, to koszty zakupu ubrań i kosmetyków można uznać za koszty uzyskania przychodu.

Wszystko fajnie, tylko ja pytam, co wtedy, gdy blog nie przynosi przychodów?

Wprawdzie możliwość zaliczenia w koszty nie zależy od rzeczywistego osiągania przychodów, bo definicja kosztu zakłada, że dopiero zmierza on do osiągnięcia przychodu, ale jeśli ktoś zakłada bloga tylko po to, by powiększać koszty działalności, a na blogu faktycznie nie zarabia, to czy może rozliczać koszty?

Niby przepisy nie stoją na przeszkodzie, ale mnie się to podskórnie wydaje ryzykowne. Będąc przedsiębiorcą, który nie ma rzeczywiście dochodowego bloga, uważałbym z nabijaniem kosztów w ten sposób.

Podsumowanie

Interpretacja jest korzystna dla blogerów, to nie ulega wątpliwości.

Nie ulega jednak wątpliwości również to, że jedna interpretacja wiosny nie czyni.

Jeśli chcesz rzeczywiście rozliczać koszty prowadzenia bloga takie jak zakup produktów do recenzji, to sam wystąp o interpretację i przekonaj się, jaką odpowiedź otrzymasz. Wcale nie powiedziane, że inny organ zajmie takie samo stanowisko.

No i najlepiej, gdyby twój blog rzeczywiście przynosił dochody, a nie był jedynie sposobem na wygenerowanie dodatkowych kosztów w ramach twojej firmy.

Podobał ci się ten wpis? Pokaż go innym. Dzięki poniższym przyciskom zajmie ci to dosłownie chwilę.

 

Chcesz otrzymywać darmową wiedzę o prawie dla kreatywnych? Zapisz się na newsletter. Nie musisz obawiać się reklam. Newsletter wykorzystuję wyłącznie do komunikacji w związku z blogiem.

Powyższych zgód udzielasz mi, czyli Wojciechowi Wawrzak, prowadzącemu działalność gospodarczą pod firmą “Usługi prawne i księgowe Wojciech Wawrzak” z siedzibą w Łodzi (93-279), ul. Tatrzańska 91/51.

  • Ciekawe jak sprawa ma się również do tego, jeśli urząd uzna, że prowadzimy działalność gospodarczą i każe nam takową założyć.

  • Wojtek, cieszę się, że napisałeś coś więcej o interpretacjach indywidualnych, bo jednak poziom świadomości co jest źródłem prawa w Polsce, a co nie bywa bardzo niski 😉 Dzięki Tobie więcej blogerów zrozumie ten artykuł prawidłowo!

    Nie zgadzam się jednak ze sceptycznym wydźwiękiem Twojego posta. Dla mnie na interpretacja we wspomnianej blogowej sprawie jest tylko stwierdzeniem oczywistości. I zawarta w Twoim podsumowaniu rada, że “Jeśli chcesz rzeczy­wiście roz­li­czać koszty pro­wa­dze­nia bloga ta­kie jak za­kup pro­duk­tów do re­cen­zji, to sam wystąp o in­ter­pre­ta­cję i prze­ko­naj się, jaką od­po­wiedź otrzy­masz.” jest bardzo przesadzona. Słuszna oczywiście, bo lepiej mieć interpretację niż nie, ale przesadzona.

    Każdy kto prowadzi działalność gospodarczą w Polsce doskonale już wie, że należy bać się własnego cienia i lepiej nie wrzucać zbyt wiele w koszty i nie odliczać sobie zbyt wiele podatku VAT…
    Koszty to koszty, działalność gospodarcza to działalność gospodarcza. Moim zdaniem oczywistym jest, że jeśli ktoś w ramach tej działalności prowadzi blog i na nim zarabia albo rozkręca go i planuje zarabiać to jeśli ponosi koszty, może je sobie rozliczyć jak w każdej innej działalności.

    Myślę, że nie ma potrzeby dodatkowo sugerować, że aby wrzucać w koszty koszty blogowe koniecznie należy mieć interpretację indywidualną. Jasne, fajnie mieć, ale no nie popadajmy w skrajności! Większość blogerów nie obraca dużymi kwotami i składanie wniosku o interpretację, gdy ktoś wyrabia się z blogiem na ZUS + trochę na utrzymanie i rozwój bloga, jest kosmicznym pomysłem. Z praktycznego punktu widzenia. Bo sam wiesz, że taka interpretacja w wykonaniu prawnika to nie jest tania impreza, a blogerów którzy sami sobie taką mogą napisać znam dwóch (ja i Ty :D).

    I co, i teraz blogerzy mieliby zbierać hajs na prawnika albo zrezygnować z rozliczania kosztów? No nie widzę tego 🙂

    PS. Wybacz elaborat, ale te myśli chodziły mi po głowie już od porannego prysznica 😉

    • Super, dzięki za elaborat! Chodzi przecież o dyskusję. 🙂 Moim zdaniem, należy oddzielić koszty prowadzenia bloga takie jak serwer, domena, szablon, wtyczka do WordPressa etc. od kosztów typu krem do recenzji, wycieczka do stworzenia wpisu podróżniczego, ubrania do stworzenia stylizacji. Te pierwsze są oczywiste do zastosowania, te drugie, w mojej ocenie, ryzykowne. Ja robię interpretację za 300 zł netto + VAT = 369 zł brutto i myślę, że jest to cena w zasięgu każdego przedsiębiorcy. Natomiast ten wpis nie miał w ogóle na celu zachęcania do skorzystania z takiej usługi, bo nie przepadam za pisaniem wniosków o interpretację i robię niechętnie. Po prostu chciałem ostrzec osoby, którym przyszłoby do głowy frywolne wliczanie w koszty kremów i ubrań przed tego typu działaniami na podstawie interpretacji.

      • Masz rację, że trzeba te koszty dzielić i czasem nawet ich zasadność rozpatrywać indywidualnie!

        Na przykład, jakbym była blogerką kosmetyczną, która ciągle publikuje recenzje, to testowany krem wrzuciłabym bez najmniejszego wahania. Ale gdybym była blogerką taką jaką jestem to już niekoniecznie… Bo co ma recenzja kremu do zabezpieczenia źródła przychodów? No chyba, że przeszłabym na klasyczny lifestyle 😀

        Z ciuchami do stylizacji faktycznie byłabym ostrożniejsza, bo te po zdjęciach częściej używane są do celów prywatnych (przynajmniej takie jest prawdopodobne wyobrażenie urzędnika). Można by argumentować, że noszenie ich poza sesjami na bloga to forma dbania o autentyczność marki, no ale to już nie każdy zrozumie. Chociaż, jeśli codziennie na blogu publikowana jest nowa stylizacja i w sumie to co ubieram od razu publikuję to też bez wahania potraktowałabym jako koszt.

        Zaryzykuję stwierdzenie, że zasadność wrzucenia w koszty rośnie wraz z ilością publikowanych postów i z profesjonalnym podeściem autora do bloga.

        Sama poważnie zastanawiam się nad wrzucaniem w koszta kolejnych biletów lotniczych, ale u mnie to inna sprawa – działalność w UK rządzi się swoim prawem. Szkoda, że nie prowadzę już działalności w PL, bo jako osoba osoba odważna (i przez to czasem mniej rozważna ;)) przetestowałabym mój tok myślenia na sobie z dziką przyjemnością. A tak w UK to w ogóle nie ma zabawy – tu za łatwo 🙂

  • Dzięki za ten wpis! Też miałam poważne refleksje na ten temat i domyślałam się, że nie wygląda to tak różowo 😉

    • Zawsze to, co na pierwszy rzut oka wydaje się chodzącą rewelacją warto zbadać bardziej dokładnie. 🙂

  • Interpretacja to jedno. Drugie to zdrowy rozsądek.

  • Paweł Raporty

    Takie wpisy są potrzebne, ja mam firmę i się kompletnie na tym nie znam a z księgowymi bywa rożnie.. Przetestowaliśmy 3 różne księgowe i była to najgorsza rzecz na jaką wpadlismy =/

    Jeśli ktoś chce kontakt do sprawdzonej firmy to polecam biuro rachunkowe M-A z Łodzi.

    Pani Agata to anioł wcielony =)

    • My również w ramach mojej firmy świadczymy usługi księgowe. 😊

  • Magda Trolińska

    nie wiem w końcu już jak to z tymi podatkami ale własny blog swoją drogą to wiekla radocha:) Ja zrobiłam sobie już profesjonalnie a nie drogo stronkę przez pinmedia.pl Tanio więc polecam!

  • A jak wygląda sprawa z podatkiem od otrzymanych od jakiejś firmy rzeczy? Np. Książek od wydawnictwa do recenzji? Nie zawiera się z nimi żadnej umowu, nie ma się z tego dochodu pieniężnego, właściwie tylko ten egzemplarz, który często nie jest nawet pełnowartościowy.

    Nie słyszałam nigdy żeby jakaś blogerka książkowa miała firmę, bo większość nawet nie ma reklam na blogu, a jeśli podlinkowuje np. wydawnictwo to nie ma żadnego zysku z tego że ktoś kliknie w ten link.