Dłuto czy brak praw autorskich?

 Pierwszy sędzia otworzy puszkę Pandory
Zobacz tę wiadomość w przeglądarce 

Cześć, czy jak tworzysz coś z AI, to masz do tego prawa autorskie?

Czy w ogóle współpracę z AI można nazwać tworzeniem?

Czy AI to faktycznie współczesne dłuto w rękach rzeźbiarza?

Jestem świeżo po konsultacji dotyczącej praw autorskich do oprogramowania tworzonego z wykorzystaniem AI i pomyślałem, że przy okazji podzielę się z Tobą moim głównym przemyśleniem.

Dyskusja jest pasjonująca, ale…

Tak naprawdę mamy do wyboru dwa alternatywne światy.

1. AI to narzędzie w rękach twórcy. Jeśli Twój wkład twórczy jest wystarczający, to masz prawa autorskie.

2. Niezależnie jak wygląda Twój flow pracy z AI, to nic, co zostanie wygenerowane przez AI nie może być chronione prawem autorskim.

Nie bardzo widzę trzecią drogę.

Chyba że to rosnąca światowa polaryzacja zaciemnia mi obraz. Jeśli tak, to daj znać, niechaj się przebudzę. 

Totalna negacja jest prostsza

AI generuje = brak utworu. 

Niezależnie od tego, jak wyglądał proces dochodzenia do rezultatu. 

Ile było human in the loop.

Są oczywiście pokrzywdzeni – ci, którzy z interakcji z AI uczynili sztukę samą w sobie. Algorytmiczni geniusze umiejący promptem, podejściem, iteracją tworzyć kreacje fantastyczne (są tacy?). 

Ale proste rozwiązania zawsze mają swoje koszty, mimo licznych zalet.

A jeśli AI ma być narzędziem pracy twórczej?

To mamy nie lada wyzwanie. 

Bo wkład twórczy trzeba udowodnić. 

Jak? Oto właśnie jest pytanie. Podobno Ed Sheeran rejestruje wszystkie swoje sesje twórcze, żeby móc bronić się przed ewentualnymi kolejnymi zarzutami plagiatów. 

W jego przypadku to nie kwestia AI, ale uruchamia myślenie: może wobec tego wszystkie sesje z AI też trzeba zachowywać? 

Tylko skala byłaby wtedy zabójcza, bo przecież każdy dzisiaj może być twórcą nawet kilkadziesiąt razy w skali dnia. Wystarczy wyższy plan i jazda, upustom twórczym może nie być końca.

Więc jak żyć, panie premierze, jak dokumentować twórczość z AI? 

Do premiera nie mam dostępu, więc zapytałem jego wirtualnego odpowiednika, szefa wszystkich szefów, ChataGPT.

Najwyżej ceniłbym:

  1. Repozytorium / historia wersji / track changes — z widocznymi etapami przejścia od pomysłu, przez outputy AI, do finalnej wersji.
  2. Surowe outputy AI zachowane osobno — nie tylko finalny rezultat.
  3. Komentarze autora do decyzji — krótkie, ale konkretne: „odrzuciłem wariant A, bo…”, „połączyłem element X z Y”, „zmieniłem konstrukcję, bo…”.
  4. Porównanie raw AI vs final — jako przyszły załącznik dowodowy.
  5. Zewnętrzne potwierdzenie czasu i integralności — np. kwalifikowany znacznik czasu dla paczki dowodowej. eIDAS daje kwalifikowanemu znacznikowi czasu domniemanie dokładności daty i czasu oraz integralności danych, z którymi jest powiązany.
  6. Oznaczenie autorstwa przy rozpowszechnianiu — pomaga, bo polska ustawa przewiduje domniemanie, że twórcą jest osoba wskazana jako twórca na egzemplarzu utworu lub podana do publicznej wiadomości w związku z rozpowszechnianiem. To nie rozwiązuje problemu AI, ale daje punkt zaczepienia.

Jezus Maria, Peszek. 

Czy faktycznie czeka nas powódź dowodów twórczości z AI?

Czy faktycznie chcemy otwierać tę puszkę Pandory?

Może jednak pozostać przy twardym „AI = brak utworu”?

Im dalej w las, tym więcej drzew. Dla tych, którzy lubią spacery – super. Dla tych, którzy oczekują pewności i prostych odpowiedzi – gorzej.

Konsultacje ze mną (pozdrawiam konsultantowiczów, jeśli mnie tutaj czytają!) to raczej spacer przez las z sygnalizacją kierunków. Bo ja nie jestem od dawania jednoznacznych odpowiedzi, których w tym momencie po prostu na styku prawa autorskiego i AI nie ma. 

Ot, taka refleksja pokonsultacyjna w wolnym duchu twórczym.

Do następnego!
Wojciech Wawrzak

praKreacja.pl & praKreacja.legal

Blog prawniczy i opieka prawna dla kreatywnych nieprzerwanie od 2013 r.

Pralina wysłana w ramach newslettera.

Nie chcesz więcej takich słodyczy?

Rezygnuję z Pralin (smuteczek)